Wichry archipelagu
nasza cena:
38,00zł
Cena rynkowa: 42,00zł
Rabat: 9.52%
Oszczędzasz: 4,00zł
38,00zł
Cena rynkowa: 42,00zł
Rabat: 9.52%
Oszczędzasz: 4,00zł
Recenzje »
Wichry archipelagu opis
Pozwól się porwać nieokiełznanym wichrom archipelagu!
Wiatr niesie śmierć. Tajemnicza zaraza dziesiątkuje ludność, osłabiając targane wewnętrznymi konfliktami księstwo Kałakowa. Nawet wznoszące się pośród wzburzonych mórz niedostępne mury nie chronią przed wszystkim, a fanatyczni Maharrahtczycy tylko czekają na okazję, by przejąć władzę. Atak żywiołaka na zmierzający do wyspy powietrzny statek zaprzepaścił szansę na pokój. Śmierć podróżującego nim Wielkiego Księcia pogorszyła i tak złą sytuację archipelagu. Los wysp spoczywa teraz w rękach młodego księcia Nikandra i autystycznego chłopca, który potrafi narzucić siłom natury swoją wolę. Czy jest on jednak zbawcą, czy niszczycielem?
Wichry archipelagu to wyraźny styl, inteligentny język i niesamowita wyobraźnia.
Orson Scott Card, autor "Gry Endera"
Na polu epickiej fantasy ciężko obecnie o coś oryginalnego, ale Bradley P. Beaulieu w swojej debiutanckiej powieści podjął odważną próbę.
Fantasy Book Critic
Wiatr niesie śmierć. Tajemnicza zaraza dziesiątkuje ludność, osłabiając targane wewnętrznymi konfliktami księstwo Kałakowa. Nawet wznoszące się pośród wzburzonych mórz niedostępne mury nie chronią przed wszystkim, a fanatyczni Maharrahtczycy tylko czekają na okazję, by przejąć władzę. Atak żywiołaka na zmierzający do wyspy powietrzny statek zaprzepaścił szansę na pokój. Śmierć podróżującego nim Wielkiego Księcia pogorszyła i tak złą sytuację archipelagu. Los wysp spoczywa teraz w rękach młodego księcia Nikandra i autystycznego chłopca, który potrafi narzucić siłom natury swoją wolę. Czy jest on jednak zbawcą, czy niszczycielem?
Wichry archipelagu to wyraźny styl, inteligentny język i niesamowita wyobraźnia.
Orson Scott Card, autor "Gry Endera"
Na polu epickiej fantasy ciężko obecnie o coś oryginalnego, ale Bradley P. Beaulieu w swojej debiutanckiej powieści podjął odważną próbę.
Fantasy Book Critic
KLIENCI KTÓRZY ZAKUPILI TEN PRODUKT KUPILI RÓWNIEŻ
- WARTO ZOBACZYĆ RÓWNIEŻ...
Autor: Marta Na... Data dodania: 28/12/2011
„Wichry Archipelagu” to kolejna propozycja z serii Nowa Fantastyka, która oddaje w ręce czytelników powieść debiutującego autora. Pierwsza część trylogii Bradleya P. Beaulieu przenosi nas w świat malowniczych wysp Wielkiego Księstwa Anuski, rządzonych przez władczych książąt i poważane matry. Świat okrętów żeglujących w powietrzu oraz magii, pozwalającej przywoływać potężne istoty z innego wymiaru i wiązać się z nimi. Świat, który z powodów nikomu nieznanych cierpi na wyniszczenie, dotykające zarówno plony, jak i osoby – w tym członków rodzin panujących. Wreszcie – świat targany konfliktami, obejmującymi zarówno bezwzględną politykę książąt, jak i spór z tajemniczym ludem Aramanów oraz wywodzącą się z nich radykalną grupą maharratów.
Na pierwszy rzut oka powieść wydaje się niezwykle intrygująca, sprzyja temu także spokojny, z rozmysłem nabierający tempa początek. Stopniowo poznajemy realia, w których osadzona została akcja, zaś autor nie szczędzi czytelnikom opisów statków, strojów czy obyczajów. Zagłębiamy się w politykę, by śledzić powiązania między rodami panującymi na wyspach, ich gospodarcze potrzeby i idące za tym kojarzone małżeństwa, a także napięte stosunki z Aramanami i konflikt z maharratami. Bealieu wrzuca czytelnika na głęboką wodę, od pierwszych stron zasypując go egzotycznie brzmiącymi nazwami, pojęciami czy imionami. Nie jest to jednak wada – chęć zrozumienia świata przedstawionego napędza lekturę i rozbudza apetyt na spotkanie z powieścią nietuzinkową. Apetyt, który niestety nie zostanie zaspokojony.
Choć początek „Wichrów Archipelagu” rysuje się niezwykle obiecująco, to im bliżej końca, tym bardziej na jaw wychodzą wszelkie niedostatki prozy amerykańskiego pisarza. Zarysowanym konfliktom politycznym i relacjom międzyludzkim brakuje przede wszystkim solidnych podstaw, zaś światu – głębi i spójności. Próba wykreowania Wielkiego Księstwa Anuski na modłę XVIII-wiecznej Rosji sprowadza się zasadniczo do picia litrów wódki i dorzucania od czasu do czasu kilku rosyjskich słów do dialogów. To zbyt mało, by mówić o rozbudowanych realiach. Równie dobrze bohaterowie mogliby operować wtrętami chińskimi czy duńskimi – nie ma to żadnego wpływu na fabułę czy inne elementy powieści, które w najlepszym przypadku wypadają po prostu nijako.
Niewiele lepiej ma się sprawa z Aramanami, o których wiadomo bardzo niewiele. Dlaczego w tym ludzie o naturze raczej stoickiej wyodrębnili się maharraccy terroryści? Skąd konflikt maharratów z Kałakowem, skąd wzajemna nienawiść? Próżno szukać na to satysfakcjonującej odpowiedzi. Dużo lepiej wypada system aramańskiej magii, która wydaje się przemyślana i wyjaśniona od początku do końca. Nie można już powiedzieć tego o umiejętnościach poruszających się w eterze matr – autor ani słowem nie wspomniał o tym, skąd ich niezwykłe zdolności i dlaczego jedynie kobiety z rodów panujących parają się tą sztuką.
Również bohaterowie nie zachwycają. Troje głównych postaci – książę Nikandr, jego narzeczona Atiana oraz kochanka z ludu Aramanów, Rehada – nie budzą żadnych emocji, a tego powinno się oczekiwać po uwikłanych w miłosny trójkąt osobach o sprzecznych dążeniach. Ich motywacje nie zostały nakreślone w sposób pełny czy wiarygodny, często więc odnosi się wrażenie, iż robią coś jedynie dlatego, że autorowi było to potrzebne do skierowania fabuły na określone tory. Trudno przejąć się losem postaci, których się nie rozumie, co sprawia, że nieszczęścia, które na nich spadają, nie poruszają czytelnika. Na tym tle pozytywnie wyróżniają się jednak tajemniczy chłopiec Nasim i jego opiekun Aszan, ale im z kolei autor poskąpił miejsca na kartach powieści. Pozostałe postaci drugoplanowe zostały potraktowane po macoszemu i przedstawione jednostronnie, poprzez jedną czy dwie charakterystyczne cechy.
Na szczęście „Wichry Archipelagu” mają też jedną mocną stronę, dzięki której doczytanie powieści do końca nie będzie wiązało się z wielkim wysiłkiem. To plastyczny język autora, docenić go można zwłaszcza przy opisach związanych z magią i z żeglugą. Przedstawienia wędrówek w eterze i przyzywania hezanów oraz podróżowania podniebnymi statkami stoją na dość wysokim poziomie, nietrudno więc wyobrazić sobie rejs wśród chmur albo spotkanie z duchem ziemi czy ognia. Szkoda tylko, że przy końcu powieści autor zgubił gdzieś dotychczasowy rytm narracji – nagle wszystko dzieje się zbyt szybko i zbyt chaotycznie, brakuje wyważonego tempa akcji z początku czy środka książki, zaś za nawałem wydarzeń nie idzie w parze budowanie napięcia.
„Wichry Archipelagu” najkrócej można opisać jako powieść o zmarnowanym potencjale. Choć wydawać by się mogło, że jest w niej i interesujący świat, i godna uwagi fabuła, to gdy przyjrzymy się lepiej, zobaczymy książkę-wydmuszkę, która tak naprawdę niczego odkrywczego do literatury nie wnosi. Nie skreślajmy jednak ani autora, ani cyklu. Jest jeszcze nadzieja. Fabularne podwaliny pod kolejny tom zostały już położone w zakończeniu „Wichrów Archipelagu”, teraz więc wystarczyłoby, by Beaulieu dopracował postaci bohaterów i w logiczny sposób uzupełnił wiedzę dotyczącą uniwersum. Za co gorąco trzymam kciuki.
Na pierwszy rzut oka powieść wydaje się niezwykle intrygująca, sprzyja temu także spokojny, z rozmysłem nabierający tempa początek. Stopniowo poznajemy realia, w których osadzona została akcja, zaś autor nie szczędzi czytelnikom opisów statków, strojów czy obyczajów. Zagłębiamy się w politykę, by śledzić powiązania między rodami panującymi na wyspach, ich gospodarcze potrzeby i idące za tym kojarzone małżeństwa, a także napięte stosunki z Aramanami i konflikt z maharratami. Bealieu wrzuca czytelnika na głęboką wodę, od pierwszych stron zasypując go egzotycznie brzmiącymi nazwami, pojęciami czy imionami. Nie jest to jednak wada – chęć zrozumienia świata przedstawionego napędza lekturę i rozbudza apetyt na spotkanie z powieścią nietuzinkową. Apetyt, który niestety nie zostanie zaspokojony.
Choć początek „Wichrów Archipelagu” rysuje się niezwykle obiecująco, to im bliżej końca, tym bardziej na jaw wychodzą wszelkie niedostatki prozy amerykańskiego pisarza. Zarysowanym konfliktom politycznym i relacjom międzyludzkim brakuje przede wszystkim solidnych podstaw, zaś światu – głębi i spójności. Próba wykreowania Wielkiego Księstwa Anuski na modłę XVIII-wiecznej Rosji sprowadza się zasadniczo do picia litrów wódki i dorzucania od czasu do czasu kilku rosyjskich słów do dialogów. To zbyt mało, by mówić o rozbudowanych realiach. Równie dobrze bohaterowie mogliby operować wtrętami chińskimi czy duńskimi – nie ma to żadnego wpływu na fabułę czy inne elementy powieści, które w najlepszym przypadku wypadają po prostu nijako.
Niewiele lepiej ma się sprawa z Aramanami, o których wiadomo bardzo niewiele. Dlaczego w tym ludzie o naturze raczej stoickiej wyodrębnili się maharraccy terroryści? Skąd konflikt maharratów z Kałakowem, skąd wzajemna nienawiść? Próżno szukać na to satysfakcjonującej odpowiedzi. Dużo lepiej wypada system aramańskiej magii, która wydaje się przemyślana i wyjaśniona od początku do końca. Nie można już powiedzieć tego o umiejętnościach poruszających się w eterze matr – autor ani słowem nie wspomniał o tym, skąd ich niezwykłe zdolności i dlaczego jedynie kobiety z rodów panujących parają się tą sztuką.
Również bohaterowie nie zachwycają. Troje głównych postaci – książę Nikandr, jego narzeczona Atiana oraz kochanka z ludu Aramanów, Rehada – nie budzą żadnych emocji, a tego powinno się oczekiwać po uwikłanych w miłosny trójkąt osobach o sprzecznych dążeniach. Ich motywacje nie zostały nakreślone w sposób pełny czy wiarygodny, często więc odnosi się wrażenie, iż robią coś jedynie dlatego, że autorowi było to potrzebne do skierowania fabuły na określone tory. Trudno przejąć się losem postaci, których się nie rozumie, co sprawia, że nieszczęścia, które na nich spadają, nie poruszają czytelnika. Na tym tle pozytywnie wyróżniają się jednak tajemniczy chłopiec Nasim i jego opiekun Aszan, ale im z kolei autor poskąpił miejsca na kartach powieści. Pozostałe postaci drugoplanowe zostały potraktowane po macoszemu i przedstawione jednostronnie, poprzez jedną czy dwie charakterystyczne cechy.
Na szczęście „Wichry Archipelagu” mają też jedną mocną stronę, dzięki której doczytanie powieści do końca nie będzie wiązało się z wielkim wysiłkiem. To plastyczny język autora, docenić go można zwłaszcza przy opisach związanych z magią i z żeglugą. Przedstawienia wędrówek w eterze i przyzywania hezanów oraz podróżowania podniebnymi statkami stoją na dość wysokim poziomie, nietrudno więc wyobrazić sobie rejs wśród chmur albo spotkanie z duchem ziemi czy ognia. Szkoda tylko, że przy końcu powieści autor zgubił gdzieś dotychczasowy rytm narracji – nagle wszystko dzieje się zbyt szybko i zbyt chaotycznie, brakuje wyważonego tempa akcji z początku czy środka książki, zaś za nawałem wydarzeń nie idzie w parze budowanie napięcia.
„Wichry Archipelagu” najkrócej można opisać jako powieść o zmarnowanym potencjale. Choć wydawać by się mogło, że jest w niej i interesujący świat, i godna uwagi fabuła, to gdy przyjrzymy się lepiej, zobaczymy książkę-wydmuszkę, która tak naprawdę niczego odkrywczego do literatury nie wnosi. Nie skreślajmy jednak ani autora, ani cyklu. Jest jeszcze nadzieja. Fabularne podwaliny pod kolejny tom zostały już położone w zakończeniu „Wichrów Archipelagu”, teraz więc wystarczyłoby, by Beaulieu dopracował postaci bohaterów i w logiczny sposób uzupełnił wiedzę dotyczącą uniwersum. Za co gorąco trzymam kciuki.
Autor: Katarzyna Ja... Data dodania: 13/12/2011
To nie jest kolejna opowieść o czarodziejach, elfach czy innych krasnoludach. To nie jest porywająca historia o miłości. To nie jest odgrzewana po raz kolejny pogadanka o walce dobra ze złem. To coś zupełnie innego…
O zaletach Wichrów archipelagu mogłabym pisać wiele. Jest to bowiem lektura przyjemna, porywająca wręcz, przede wszystkim zaś wnosząca wiele lekkości i świeżości do współczesnej literatury fantasy. Nie jest powieścią idealną, to byłoby zbyt piękne, ale niewiele jej do tego miana brakuje. Żeby jednak nie być gołosłowną, postaram się tutaj jak najlepiej ją omówić.
Książka z pozoru opiera się na prostym schemacie fabularnym: jest młody, wysoko postawiony mężczyzna (ba, nawet książę to jest!) i jest kobieta (równie świetnego rodu). Mają wziąć ślub (zaaranżowany przez rodziny, rzecz jasna). Wszystko idzie jak po maśle, aż tu nagle – bum! – sprawy się komplikują. Gdzieś to już czytaliśmy, prawda? Z tym, że na pewno nie było tam hezanów, matr ani latających statków. Oryginalność świata wykreowanego przez Bradley’a Beaulieu oraz wszystkie wydarzenia okołofabularne sprawiają, że czytelnik kompletnie zatraca się w treści książki, nie zważając na (bądź co bądź) typowość przebiegu zdarzeń.
Wywołany przed chwilą świat przedstawiony zachwyca bogactwem i innowacyjnością i to on jest największym atutem Wichrów archipelagu. Miejsce akcji to szeroko pojęta Anuska – kilkanaście wysp, z których właściwie każda z nich tworzy osobne księstwo. Ludzie przemieszczają się między nimi za pomocą statków. Nie są to jednak zwykłe statki – Beaulieu wykorzystał znany m. in. z Gwiezdnego pyłu Gaimana motyw latających okrętów. Novum stanowi natomiast dość osobliwy sposób kierowania nimi. Ciekawe są także nacje wykreowane przez autora. Tajemnicze nazwy takie jak: arakesz, hawakiram, mahatr rodem z Alladyna kryją za sobą oryginalne pomysły na bohaterów.
A bohaterowie są po prostu nieprzewidywalni. W Wichrach… nie można być do końca pewnym kto jest dobry, a kto zły, kto działa ze swojej woli, a kto jest przez kogoś kierowany. Tutaj granice etyki trochę się zacierają, niepożądane zachowania są powszechne, a naiwność i szczerość przyprawiają o ból. Bogaty wachlarz charakterów i kontrowersyjne osądy to duży plus tej pozycji.
Na osobne omówienie zasługuje kwestia sprawowania rządów w poszczególnych księstwach. Teoretycznie na czele państw stoją książęta, nad którymi czuwa Wielki Książę, ale moim zdaniem nic nie może dokonać się bez zgody matr, kobiet szczególnie uzdolnionych (nie będę głębiej wchodzić w temat, by nie zdradzić zbyt wiele szczegółów), którymi są przeważnie żony władców. Autor delikatnie sugeruje ów matriarchat, jednak robi to na tyle często, że z łatwością można dojść do takiego wniosku.
Żeby zakończyć opisywanie zalet książki, dodam jeszcze słówko o wydaniu. Po pierwsze – wytrzymałe. Okładka ze skrzydełkami powoduje, że rogi się nie zaginają, a grzbiet jest na tyle mocny, że się nie niszczy i nie tworzy nieestetycznego zagięcia (to zmora kilkustetstronicowych lektur w miękkich okładkach ). Po drugie – ładne. Przyjemna grafika Adama Paquette robi bardzo dobre wrażenie. Po trzecie – redakcja i korekta pierwsza klasa. Dobra robota!
Co natomiast z minusami książki? Mnie zakuły w oczy dwie sprawy. Pierwsza z nich to język autora. Niby wszystko jest okej – nieźle skonstruowane dialogi, prosta, acz nie prostacka, leksyka, która „łatwo wchodzi”, ale… No właśnie – jedno małe „ale”. Beaulieu przy konstrukcji postaci dość obficie czerpie z dóbr wschodniej kultury. Przekłada się to niestety na wypowiedzi bohaterów, w których zagęszczenie słów takich jak: da i niet przekracza wszystkie możliwe normy – zbyt wiele tych rosyjskich wtrąceń, stanowczo!
Druga kwestia zasługująca w moich oczach na minus to akcja jako taka. Dzieje się dużo, czasami aż za dużo. Nagromadzenie scen batalistycznych sprawiało, że momentami czułam się nieco skonfundowana i niezbyt orientowałam się w ogólnej sytuacji – musiałam wtedy wracać kilka stron wstecz, przeczytać dany fragment ponownie, pokiwać głową na znak zrozumienia i dopiero mogłam czytać dalej. Ponadto autor ma tendencję do stawiania czytelnika w sytuacji lekkiego oszołomienia związanego z brakiem wiedzy o elementarnych kwestiach. Zbyt często Beaulieu używa terminów, których nie wyjaśnia, a które czytelnik pozna dopiero za kilkanaście, kilkadziesiąt stron, złoszcząc się tym samym na brak orientacji w temacie. Nie lubię znajdować się w takiej sytuacji, wolałabym mieć wszystko podane od razu, ale cóż – jak wiadomo, gusta są różne i koncepcje tekstu także.
Wysnute przeze mnie zarzuty nie zmieniają mojego pozytywnego nastawienia wobec tej książki. Uważam, że warto ją przeczytać – choćby dla nowych, ciekawych pomysłów, którymi raczy nas autor; choćby dla wspaniałych dobrych-złych bohaterów; wreszcie choćby dla samej przyjemności płynącej z lektury. Zachęcam wszystkich gorąco do spędzenia kilku chwil z Wichrami archipelagu Bradley’a Beaulieu, bo naprawdę warto.
O zaletach Wichrów archipelagu mogłabym pisać wiele. Jest to bowiem lektura przyjemna, porywająca wręcz, przede wszystkim zaś wnosząca wiele lekkości i świeżości do współczesnej literatury fantasy. Nie jest powieścią idealną, to byłoby zbyt piękne, ale niewiele jej do tego miana brakuje. Żeby jednak nie być gołosłowną, postaram się tutaj jak najlepiej ją omówić.
Książka z pozoru opiera się na prostym schemacie fabularnym: jest młody, wysoko postawiony mężczyzna (ba, nawet książę to jest!) i jest kobieta (równie świetnego rodu). Mają wziąć ślub (zaaranżowany przez rodziny, rzecz jasna). Wszystko idzie jak po maśle, aż tu nagle – bum! – sprawy się komplikują. Gdzieś to już czytaliśmy, prawda? Z tym, że na pewno nie było tam hezanów, matr ani latających statków. Oryginalność świata wykreowanego przez Bradley’a Beaulieu oraz wszystkie wydarzenia okołofabularne sprawiają, że czytelnik kompletnie zatraca się w treści książki, nie zważając na (bądź co bądź) typowość przebiegu zdarzeń.
Wywołany przed chwilą świat przedstawiony zachwyca bogactwem i innowacyjnością i to on jest największym atutem Wichrów archipelagu. Miejsce akcji to szeroko pojęta Anuska – kilkanaście wysp, z których właściwie każda z nich tworzy osobne księstwo. Ludzie przemieszczają się między nimi za pomocą statków. Nie są to jednak zwykłe statki – Beaulieu wykorzystał znany m. in. z Gwiezdnego pyłu Gaimana motyw latających okrętów. Novum stanowi natomiast dość osobliwy sposób kierowania nimi. Ciekawe są także nacje wykreowane przez autora. Tajemnicze nazwy takie jak: arakesz, hawakiram, mahatr rodem z Alladyna kryją za sobą oryginalne pomysły na bohaterów.
A bohaterowie są po prostu nieprzewidywalni. W Wichrach… nie można być do końca pewnym kto jest dobry, a kto zły, kto działa ze swojej woli, a kto jest przez kogoś kierowany. Tutaj granice etyki trochę się zacierają, niepożądane zachowania są powszechne, a naiwność i szczerość przyprawiają o ból. Bogaty wachlarz charakterów i kontrowersyjne osądy to duży plus tej pozycji.
Na osobne omówienie zasługuje kwestia sprawowania rządów w poszczególnych księstwach. Teoretycznie na czele państw stoją książęta, nad którymi czuwa Wielki Książę, ale moim zdaniem nic nie może dokonać się bez zgody matr, kobiet szczególnie uzdolnionych (nie będę głębiej wchodzić w temat, by nie zdradzić zbyt wiele szczegółów), którymi są przeważnie żony władców. Autor delikatnie sugeruje ów matriarchat, jednak robi to na tyle często, że z łatwością można dojść do takiego wniosku.
Żeby zakończyć opisywanie zalet książki, dodam jeszcze słówko o wydaniu. Po pierwsze – wytrzymałe. Okładka ze skrzydełkami powoduje, że rogi się nie zaginają, a grzbiet jest na tyle mocny, że się nie niszczy i nie tworzy nieestetycznego zagięcia (to zmora kilkustetstronicowych lektur w miękkich okładkach ). Po drugie – ładne. Przyjemna grafika Adama Paquette robi bardzo dobre wrażenie. Po trzecie – redakcja i korekta pierwsza klasa. Dobra robota!
Co natomiast z minusami książki? Mnie zakuły w oczy dwie sprawy. Pierwsza z nich to język autora. Niby wszystko jest okej – nieźle skonstruowane dialogi, prosta, acz nie prostacka, leksyka, która „łatwo wchodzi”, ale… No właśnie – jedno małe „ale”. Beaulieu przy konstrukcji postaci dość obficie czerpie z dóbr wschodniej kultury. Przekłada się to niestety na wypowiedzi bohaterów, w których zagęszczenie słów takich jak: da i niet przekracza wszystkie możliwe normy – zbyt wiele tych rosyjskich wtrąceń, stanowczo!
Druga kwestia zasługująca w moich oczach na minus to akcja jako taka. Dzieje się dużo, czasami aż za dużo. Nagromadzenie scen batalistycznych sprawiało, że momentami czułam się nieco skonfundowana i niezbyt orientowałam się w ogólnej sytuacji – musiałam wtedy wracać kilka stron wstecz, przeczytać dany fragment ponownie, pokiwać głową na znak zrozumienia i dopiero mogłam czytać dalej. Ponadto autor ma tendencję do stawiania czytelnika w sytuacji lekkiego oszołomienia związanego z brakiem wiedzy o elementarnych kwestiach. Zbyt często Beaulieu używa terminów, których nie wyjaśnia, a które czytelnik pozna dopiero za kilkanaście, kilkadziesiąt stron, złoszcząc się tym samym na brak orientacji w temacie. Nie lubię znajdować się w takiej sytuacji, wolałabym mieć wszystko podane od razu, ale cóż – jak wiadomo, gusta są różne i koncepcje tekstu także.
Wysnute przeze mnie zarzuty nie zmieniają mojego pozytywnego nastawienia wobec tej książki. Uważam, że warto ją przeczytać – choćby dla nowych, ciekawych pomysłów, którymi raczy nas autor; choćby dla wspaniałych dobrych-złych bohaterów; wreszcie choćby dla samej przyjemności płynącej z lektury. Zachęcam wszystkich gorąco do spędzenia kilku chwil z Wichrami archipelagu Bradley’a Beaulieu, bo naprawdę warto.
Twój







