Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe opis
Topór i skała - oto skarby Północy. Wiedzą o tym nieustraszeni żołnierze Szóstej Kompanii, górskiego oddziału strzegącego północnych granic Imperium Meekhańskiego. A jeśli istnieją starcia nie do wygrania? Jedyne, na co może wtedy liczyć Górska Straż to honor górali.
Miecz i żar - tylko tyle pozostało zamaskowanemu wojownikowi z pustynnego Południa. Kiedyś, zgodnie ze zwyczajem, zasłaniał twarz, by nikt nie wykradł mu duszy. Dziś nie ma już duszy, którą mógłby chronić. Czy z bogami można walczyć za pomocą mieczy? Tak, jeśli jesteś Issarem i nie masz nic do stracenia.
"Opowieści z Meekhańskiego pogranicza" to książka o Wojnach Bogów i wojnach ludzi. Poznaj plemiona, które trwają na pustyni od 3500 lat, Aspektowaną Moc, którą można okiełznać żywioły i ludzi, którym, gdy wszystko zawodzi, zostaje jeszcze miecz i topór w dłoni, a w sercu duma, honor i wytrwałość.
Miecz i żar - tylko tyle pozostało zamaskowanemu wojownikowi z pustynnego Południa. Kiedyś, zgodnie ze zwyczajem, zasłaniał twarz, by nikt nie wykradł mu duszy. Dziś nie ma już duszy, którą mógłby chronić. Czy z bogami można walczyć za pomocą mieczy? Tak, jeśli jesteś Issarem i nie masz nic do stracenia.
"Opowieści z Meekhańskiego pogranicza" to książka o Wojnach Bogów i wojnach ludzi. Poznaj plemiona, które trwają na pustyni od 3500 lat, Aspektowaną Moc, którą można okiełznać żywioły i ludzi, którym, gdy wszystko zawodzi, zostaje jeszcze miecz i topór w dłoni, a w sercu duma, honor i wytrwałość.
KLIENCI KTÓRZY ZAKUPILI TEN PRODUKT KUPILI RÓWNIEŻ
- WARTO ZOBACZYĆ RÓWNIEŻ...
Autor: Monika Ka... Data dodania: 16/02/2011
Po "Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe", autorstw polskiego autora Roberta M. Wegnera, sięgnęłam zachęcona kilkoma recenzjami, w których książka ta, była nad wyraz chwalona. Chociaż Wegner publikował już swoje opowiadania na łamach magazynu "Science Fiction", z jego twórczością zapoznałam się dopiero teraz, właśnie podczas lektury jego debiut książkowego. Chciałam przekonać się osobiście, czy wszystkie te pochwały i entuzjastyczne wypowiedzi na temat tej pozycji są uzasadnione.
"Opowieści …" zostały podzielone na dwie części – "Północ" i "Południe". Pierwsza część zawiera 4 opowiadania, w których poznajemy porucznika Szóstej Kompanii Górskiej Straży - Kennetha-lyw-Darawyta oraz jego żołnierzy. Wraz z nimi przemierzamy bezkresne i monumentalne góry Ansar Kirreh, pełne niezdobytych szczytów, zdradliwych lodowców i niebezpiecznych szlaków. Stajemy twarzą w twarz z wrogami Imperium i przelewamy za nie krew swoją i nieprzyjaciół. Słuchamy opowieści o heroicznej walce garstki obrońców z hordą koczowniczych najeźdźców. Zostajemy wplątani w polityczne rozgrywki i staramy się nie zostać spowokowani przez obelżywe zagrywki. Próbujemy rozwiązać zagadkę potwornych mordów, do jakich dochodzi w małej, rybackiej wiosce. O ile pierwsze opowiadanie nie zachwyciło mnie tak bardzo, o tyle w połowie drugiego zostałam po prostu wciągnięta w wir akcji. Z każdą następną stroną coraz bardziej chłonęłam te niesamowite historie, przepełnione tyloma różnymi emocjami, niesamowitymi opisami i biegnącą na łeb na szyje fabułą, że kiedy przywróciłam ostatnią kartkę i przeczytałam ostatnie zdanie z opowiadania zamykającego "Północ", czułam niedosyt, bezsilność i złość na autora. Chciałam więcej. Chciałam, żeby przygody Szóstej Kompani trwały dalej. Chciałam o nich czytać koleje godziny, dni, tygodnie. Nie mogłam się pogodzić z myślą, że to koniec. Nie chciałam się z nimi rozstać, ponieważ ich historia i perypetie tak bardzo mnie urzekły, oczarowały i zaciekawiły.
Obrażona na cały świat, z prawdziwą niechęcią, z ochotą rzucenia książki w kąt i tupania, skakania i krzyczenia, jak rozwydrzone dziecko, pokazujące swoje niezadowolenie, przeniosłam się na "Południe". Tam powitał mnie skwar, oddech pustyni i kolejne 4 opowiadania … a po kilku stronach skrucha, za wcześniejsze zachowanie, ponieważ historie opowiedziane w tej części okazały się tak samo wspaniale, wciągające i niesamowite jak te w pierwszej, a jednak zupełnie inne. Nie było w nich już zimna, dyscypliny, walki jako żołnierz imperium, honoru i oddania Górskiej Straży, ale ciepło, miłość, jak i smutek, walka z samym sobą i z zasadami jakich zawsze przestrzegaliśmy, ponieważ były sensem naszego istnienia. Dowiadujemy się co to znaczy być Issarem, wojownikiem z przeklętego plemienia. Tutaj akcja nieznacznie zwalnia, skupia się bardziej na bohaterach. Autor pokazuje nam ich wspomnienia, dzięki którym możemy ich lepiej poznać , zrozumieć motywy, które nimi kierują. Dowiedzieć się więcej na temat historii świata stworzonego przez autora. I znowu, po przeczytaniu ostatniego zdania, kiedy książka i historie w niej zawarte skończyły się na dobre, czułam niedosyt i żal, ale silniejsze od nich było uczucie satysfakcji. Satysfakcji, że dane mi było przeczytać tę książkę, przenieść się do tego niesamowitego świata, poznać tak niezwykłe opowieści, które już na zawsze zapamiętam.
Muszę przyznać, że pan Wegner potrafi pisać tak jak mało kto. Umie sprawić, że czytając traci się kontakt z rzeczywistością. Nie liczy się nic oprócz książki i tego co się w niej dzieje. Sposób prowadzenia narracji, pomysł na fabułę czy forma opowiadań, w których mamy do czynienia z ciągłą historią lub historią przeplataną wspomnieniami, są niezwykle. Sprawia to, że każde opowiadanie jest inne, a już "Północ" od "Południa" różnią się od siebie tak, jak dwie różne książki. Mimo to stanowią jedno. A opisy, jakie pojawiają się w książce? Naprawdę, rzadko się zdarza, żeby to, co przeczytałam odbijało się w mojej głowie tak wyraźnymi obrazami i dźwiękami. Zawartości tej książki się nie czyta. Ją się widzi, słyszy i czuje. Dodatkowo potrafi wzbudzić tak wiele emocji. Nie raz przeszedł mnie dreszcz po plecach, ogarnęło mnie przerażenie, smutek z towarzyszącym mu szlochem i wzruszeniem, ale również bardzo często uśmiech pojawił się na mojej twarzy, radość, duma, zadowolenie i euforia.
Jest to również książka, które pozostaje w pamięci. Której treść cały czas pojawia się w naszej głowie, do której wracamy myślami w ciągu dnia lub przed zaśnięciem. Myślimy o niej, rozważamy, analizujemy. Przypominamy sobie poszczególne sytuacje. Uwielbiam takie książki, które po przeczytani stają się naszą częścia. Te opowiadania właśnie takie są. Ciężko się pozbyć ich z głowy, a to bardzo dobrze.
Panie Wegner tak się nie robi – to zdanie cały czas tłucze się w moich myślach. Dlaczego? Ponieważ powinno być zabronione napisanie takiej książki, która całkowicie wyłączy czytelnika z otaczającej go rzeczywistości i przeniesie do świata zawartego na jej kartach. To nie fair napisać coś tak dobrego, że czytelnik chłonie wszystko, każde zdanie, wyraz, całym sobą i chce więcej, więcej, więcej … by nagle brutalnie zdarzyć się końcem książki i zostać wyplutym w codzienność. "Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe" uzależniają bardziej niż znane mi używki, a czytelniczy haj, podczas ich lektury, jest nie do opisania.
POLECAM, POLECAM, POLECAM … nie tylko fanom fantastyki.
"Opowieści …" zostały podzielone na dwie części – "Północ" i "Południe". Pierwsza część zawiera 4 opowiadania, w których poznajemy porucznika Szóstej Kompanii Górskiej Straży - Kennetha-lyw-Darawyta oraz jego żołnierzy. Wraz z nimi przemierzamy bezkresne i monumentalne góry Ansar Kirreh, pełne niezdobytych szczytów, zdradliwych lodowców i niebezpiecznych szlaków. Stajemy twarzą w twarz z wrogami Imperium i przelewamy za nie krew swoją i nieprzyjaciół. Słuchamy opowieści o heroicznej walce garstki obrońców z hordą koczowniczych najeźdźców. Zostajemy wplątani w polityczne rozgrywki i staramy się nie zostać spowokowani przez obelżywe zagrywki. Próbujemy rozwiązać zagadkę potwornych mordów, do jakich dochodzi w małej, rybackiej wiosce. O ile pierwsze opowiadanie nie zachwyciło mnie tak bardzo, o tyle w połowie drugiego zostałam po prostu wciągnięta w wir akcji. Z każdą następną stroną coraz bardziej chłonęłam te niesamowite historie, przepełnione tyloma różnymi emocjami, niesamowitymi opisami i biegnącą na łeb na szyje fabułą, że kiedy przywróciłam ostatnią kartkę i przeczytałam ostatnie zdanie z opowiadania zamykającego "Północ", czułam niedosyt, bezsilność i złość na autora. Chciałam więcej. Chciałam, żeby przygody Szóstej Kompani trwały dalej. Chciałam o nich czytać koleje godziny, dni, tygodnie. Nie mogłam się pogodzić z myślą, że to koniec. Nie chciałam się z nimi rozstać, ponieważ ich historia i perypetie tak bardzo mnie urzekły, oczarowały i zaciekawiły.
Obrażona na cały świat, z prawdziwą niechęcią, z ochotą rzucenia książki w kąt i tupania, skakania i krzyczenia, jak rozwydrzone dziecko, pokazujące swoje niezadowolenie, przeniosłam się na "Południe". Tam powitał mnie skwar, oddech pustyni i kolejne 4 opowiadania … a po kilku stronach skrucha, za wcześniejsze zachowanie, ponieważ historie opowiedziane w tej części okazały się tak samo wspaniale, wciągające i niesamowite jak te w pierwszej, a jednak zupełnie inne. Nie było w nich już zimna, dyscypliny, walki jako żołnierz imperium, honoru i oddania Górskiej Straży, ale ciepło, miłość, jak i smutek, walka z samym sobą i z zasadami jakich zawsze przestrzegaliśmy, ponieważ były sensem naszego istnienia. Dowiadujemy się co to znaczy być Issarem, wojownikiem z przeklętego plemienia. Tutaj akcja nieznacznie zwalnia, skupia się bardziej na bohaterach. Autor pokazuje nam ich wspomnienia, dzięki którym możemy ich lepiej poznać , zrozumieć motywy, które nimi kierują. Dowiedzieć się więcej na temat historii świata stworzonego przez autora. I znowu, po przeczytaniu ostatniego zdania, kiedy książka i historie w niej zawarte skończyły się na dobre, czułam niedosyt i żal, ale silniejsze od nich było uczucie satysfakcji. Satysfakcji, że dane mi było przeczytać tę książkę, przenieść się do tego niesamowitego świata, poznać tak niezwykłe opowieści, które już na zawsze zapamiętam.
Muszę przyznać, że pan Wegner potrafi pisać tak jak mało kto. Umie sprawić, że czytając traci się kontakt z rzeczywistością. Nie liczy się nic oprócz książki i tego co się w niej dzieje. Sposób prowadzenia narracji, pomysł na fabułę czy forma opowiadań, w których mamy do czynienia z ciągłą historią lub historią przeplataną wspomnieniami, są niezwykle. Sprawia to, że każde opowiadanie jest inne, a już "Północ" od "Południa" różnią się od siebie tak, jak dwie różne książki. Mimo to stanowią jedno. A opisy, jakie pojawiają się w książce? Naprawdę, rzadko się zdarza, żeby to, co przeczytałam odbijało się w mojej głowie tak wyraźnymi obrazami i dźwiękami. Zawartości tej książki się nie czyta. Ją się widzi, słyszy i czuje. Dodatkowo potrafi wzbudzić tak wiele emocji. Nie raz przeszedł mnie dreszcz po plecach, ogarnęło mnie przerażenie, smutek z towarzyszącym mu szlochem i wzruszeniem, ale również bardzo często uśmiech pojawił się na mojej twarzy, radość, duma, zadowolenie i euforia.
Jest to również książka, które pozostaje w pamięci. Której treść cały czas pojawia się w naszej głowie, do której wracamy myślami w ciągu dnia lub przed zaśnięciem. Myślimy o niej, rozważamy, analizujemy. Przypominamy sobie poszczególne sytuacje. Uwielbiam takie książki, które po przeczytani stają się naszą częścia. Te opowiadania właśnie takie są. Ciężko się pozbyć ich z głowy, a to bardzo dobrze.
Panie Wegner tak się nie robi – to zdanie cały czas tłucze się w moich myślach. Dlaczego? Ponieważ powinno być zabronione napisanie takiej książki, która całkowicie wyłączy czytelnika z otaczającej go rzeczywistości i przeniesie do świata zawartego na jej kartach. To nie fair napisać coś tak dobrego, że czytelnik chłonie wszystko, każde zdanie, wyraz, całym sobą i chce więcej, więcej, więcej … by nagle brutalnie zdarzyć się końcem książki i zostać wyplutym w codzienność. "Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe" uzależniają bardziej niż znane mi używki, a czytelniczy haj, podczas ich lektury, jest nie do opisania.
POLECAM, POLECAM, POLECAM … nie tylko fanom fantastyki.
Autor: Sławomir Gr... Data dodania: 02/08/2010
Czytając „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” zdałem sobie sprawę, że jednak nie przepadam za klasyczną fantasy, przynajmniej w jej czysto eskapistycznej postaci. Tolkien, Sapkowski – tak, ale potem długo, długo nic. A i u Sapkowskiego głównym atutem jest raczej perfekcyjny storytelling i bogaty język, niż „elementy fantastyczne”.
„Opowieści…” mierzą dosyć wysoko. Jest to zbiór opowiadań, co prawda stanowiących oddzielne całości, ale połączonych fabularnie – im dalej, tym bardziej owo połączenie jest widoczne. Okazuje się też, że cała książka to tylko rozbiegówka przed jakąś, nieistniejącą jeszcze, większą całością. Wypisz wymaluj Sapkowski – też najpierw mieliśmy opowiadania, które jednak okazały się prologiem sagi.
Największą oryginalność książki widzę w oddaniu klimatu rubieży imperium – ot, takie trochę Cesarstwo Rzymskie w fazie przedschyłkowej, mające kłopot z utrzymaniem w ryzach wielonarodowego tygla. Autor słusznie wyszedł z założenia, że takie pogranicze jest najciekawsze, zderza więc ze sobą różne mentalności, różne kultury, różne wiary. W swej kreacji nie powiela schematów tolkienowskich – kombinuje z nietypowymi ludzkimi-nieludzkimi rasami. Ważną rolę pełnią i intrygi polityczne, i dylematy moralne bohaterów. Zwłaszcza Yatecha, którego darzymy sympatią pomimo popełnionej przez niego okrutnej zbrodni, dokonanej jednak w zgodzie z kodeksem własnej kultury. Ta dość nietypowa historia o miłości i zdradzie, wypełniająca drugą połowę książki, ujęła mnie nawet bardziej niż żołniersko-koszarowa historia imperialnego porucznika Kennetha-lyw-Darawyta (prawda, że ładne imię?), rozpoczynająca książkę.
Systematycznie wzrasta też rola metafizyki - najpierw mamy tylko czarodziejów, posługujących się różnymi aspektami (Aspektami) magii, potem wzmianki o mitycznej historii świata, gdzie bogowie, a raczej ich awenderi, hasali po świecie jak dzieciaki w piaskownicy, potem zaś wkraczają prawdziwe „nieziemskie” istoty, o niejasnym statusie, a i magia okazuje się być o wiele potężniejsza niż sądziliśmy.
Schematy fabularne niektórych opowiadań wydają się znajome – „Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami” to wariacja na temat bitwy pod Termopilami, a „Honor górala” opowiada o niemoralnych eksperymentach genetycznych, tyle że czarodziejskich, nie naukowych. To nie jest zarzut, zwłaszcza, że autor umie budować napięcie, chociaż czyni to może trochę zbyt powoli, gdyż fajerwerki dramaturgiczne zazwyczaj pojawiają się dopiero w końcówkach opowiadań.
Polecam raczej fanom Ziemiańskiego czy Kresa niż LeGuin czy Tolkiena – świat jest jednak okrutny, a testosteron leje się gęsto, chociaż sposób opowiadania - przeplatanki chronologiczne, retrospekcje, wielość punktów widzenia - trochę osłabia ten efekt. Przyznaję też, że mój stosunek do tego typu fantastyki nieco ostatnio ochłódł, więc fani konwencji mogą mieć z tej książki więcej radochy.
„Opowieści…” mierzą dosyć wysoko. Jest to zbiór opowiadań, co prawda stanowiących oddzielne całości, ale połączonych fabularnie – im dalej, tym bardziej owo połączenie jest widoczne. Okazuje się też, że cała książka to tylko rozbiegówka przed jakąś, nieistniejącą jeszcze, większą całością. Wypisz wymaluj Sapkowski – też najpierw mieliśmy opowiadania, które jednak okazały się prologiem sagi.
Największą oryginalność książki widzę w oddaniu klimatu rubieży imperium – ot, takie trochę Cesarstwo Rzymskie w fazie przedschyłkowej, mające kłopot z utrzymaniem w ryzach wielonarodowego tygla. Autor słusznie wyszedł z założenia, że takie pogranicze jest najciekawsze, zderza więc ze sobą różne mentalności, różne kultury, różne wiary. W swej kreacji nie powiela schematów tolkienowskich – kombinuje z nietypowymi ludzkimi-nieludzkimi rasami. Ważną rolę pełnią i intrygi polityczne, i dylematy moralne bohaterów. Zwłaszcza Yatecha, którego darzymy sympatią pomimo popełnionej przez niego okrutnej zbrodni, dokonanej jednak w zgodzie z kodeksem własnej kultury. Ta dość nietypowa historia o miłości i zdradzie, wypełniająca drugą połowę książki, ujęła mnie nawet bardziej niż żołniersko-koszarowa historia imperialnego porucznika Kennetha-lyw-Darawyta (prawda, że ładne imię?), rozpoczynająca książkę.
Systematycznie wzrasta też rola metafizyki - najpierw mamy tylko czarodziejów, posługujących się różnymi aspektami (Aspektami) magii, potem wzmianki o mitycznej historii świata, gdzie bogowie, a raczej ich awenderi, hasali po świecie jak dzieciaki w piaskownicy, potem zaś wkraczają prawdziwe „nieziemskie” istoty, o niejasnym statusie, a i magia okazuje się być o wiele potężniejsza niż sądziliśmy.
Schematy fabularne niektórych opowiadań wydają się znajome – „Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami” to wariacja na temat bitwy pod Termopilami, a „Honor górala” opowiada o niemoralnych eksperymentach genetycznych, tyle że czarodziejskich, nie naukowych. To nie jest zarzut, zwłaszcza, że autor umie budować napięcie, chociaż czyni to może trochę zbyt powoli, gdyż fajerwerki dramaturgiczne zazwyczaj pojawiają się dopiero w końcówkach opowiadań.
Polecam raczej fanom Ziemiańskiego czy Kresa niż LeGuin czy Tolkiena – świat jest jednak okrutny, a testosteron leje się gęsto, chociaż sposób opowiadania - przeplatanki chronologiczne, retrospekcje, wielość punktów widzenia - trochę osłabia ten efekt. Przyznaję też, że mój stosunek do tego typu fantastyki nieco ostatnio ochłódł, więc fani konwencji mogą mieć z tej książki więcej radochy.
Autor: Anna Ku... Data dodania: 28/10/2009
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ-południe to zbiór opowiadań. Nie każdy przepada za tą formą, jednak w tym przypadku nie ma to szczególnego znaczenia. Poszczególne opowieści dość ściśle łączą się ze sobą. Postaciami, miejscami akcji, a nawet wydarzeniami – fabularnie.
Teksy są bardzo dobrze napisane i skonstruowane. Wszelkie opisy są raczej oszczędne, ale same fragmenty opisujące fabułę, mówiące o akcji idealnie i nienachlanie przedstawiają krajobraz jednocześnie budując klimat. Nie ma tu miejsca na fragmenty nieudane, nudne czy niezrozumiałe.
Ekspansja Imperium Meekhanu. Akcja dzieje się gdzieś na pograniczu, właściwie nic oryginalnego. W fantasy motyw spotykany niezwykle często. Góry, pustynia… To już było. W takim wypadku liczy się wykonanie i świeże spojrzenie na znane i wykorzystywane pomysły. Wegnerowi tego nie brakuje.
Na książkę składają się dwie części – Topór i skała oraz Miecz i żar. W znaczący sposób się one od siebie różnią. W pierwszej dziejącej się na północy jest więcej rozbudowanej akcji, intrygi, zawiera bardzo dobre i niezwykle interesujące sceny batalistyczne. Południe (czyli Miecz i żar) to przede wszystkim opisy przeżyć wewnętrznych bohaterów (a właściwie, głównie jednego bohatera, bo to wokół niego rozrywają się wydarzenia w tej części). Nie ma tu tyle akcji, fabuła jest trochę prostsza. Jednak to nie ma wielkiego znaczenia, ponieważ autor w obu przypadkach spisał się wyśmienicie, wszystkie opowieści są równie zajmujące.
Na północy mamy przede wszystkim do czynienia z bohaterem zbiorowym – Szósta Kompania porucznika Kennetha-lyw-Darawyta, która jest częścią osławionej Górskiej Straży. Zajmuje się uganianiem za hordami dzikich plemion, dbaniem o porządek na granicy i tym podobnymi zadaniami.
Często przy bardziej nierównych zbiorach opowiadań mam problem ze wskazaniem tego, które w szczególny sposób zwróciło moją uwagę. Jednak w tym wypadku tak nie jest. Od pierwszych stron szczególnie przyciągnęły mnie teksty: Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami oraz Gdybym miała brata. Jednak, gdybym miała jeszcze wybrać między dwoma częściami – nie potrafiłabym. W pierwszej zachwycił mnie górski klimat, te drobne potyczki i wielkie starcia między żołnierzami Imperium a barbarzyńskimi ludami. Druga zaś jest o wiele bardziej interesująca pod względem drugiego dna obecnego w utworach.
Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami to historia bohaterskiej obrony górskiego miasteczka, przedstawiana z perspektywy gońca. Jednym z elementów tej historii jest proces asymilacji pogranicznych ludów z Imperium. Utożsamianie się z pozycją obywatela, Meekhańczyka. Poszerzanie horyzontów własnej ojczyzny. Wegner na niezwykle interesującym przykładzie to przedstawił, wplótł we wciągającą fabułę i porywającą akcję oraz zachwycające sceny batalistyczne.
Gdybym miała brata dzieje się na południu, w żarze pustyni. To kontynuacja poprzedniego opowiadania - Ponieważ kocham cię nad życie, w którym najważniejszą postacią był Yatech d’Kllean. Pewien kupiec zatrudnił go do obrony karawany, a później przyjął do swojego domu. Córka pana domu zakochuje się w nim. Jednak ze względu na skomplikowane issarskie obyczaje (do którego to plemienia należy) musiał ją zabić, gdy ujrzała jego twarz. Teraz ojciec dziewczyny szuka zemsty i zapuszcza się w nieprzyjazne obszary zamieszkane przez Issarów. W pewnym stopniu poznaje panujące tu zwyczaje, prawa rządzące tą surową krainą. Jest w tym jakaś nuta goryczy, to w gruncie rzecz smutna opowieść.
Nie wszystkie teksty mocno zapadły mi w pamięć, jednak o żadnym nie mogę powiedzieć, żeby mi się nie spodobało. Ciężko znaleźć w nich jakieś wady. Nie wszystkie jednakowo pochłaniają, wciągają i zachwycają. Ale ciężko to liczyć jako minus. Nie wszystkie opowiadania muszą być genialne, brakowało by jakiegoś punktu odniesienia, doprowadziło do monotonii, a tak bardziej docenia się atrakcyjność lepszych teksów. Zaś wszystkie z nich mogą właściwie służyć za wzorzec dobrego opowiadania fantasy. Choć gdyby autorowi udało się stworzyć powieść z pomysłów zaprezentowanych w opowiadaniach mogłoby z tego wyjść małe arcydzieło. Jednak właściwie niewiadomo jak Wegner zaprezentował by się w dłuższej formie, bo stawia ona zupełnie inne wymagania niż krótka.
Nie mam zbyt wielkiego kontaktu z polską fantasy. Sapkowski z cyklem wiedźmińskim, pojedyncze utwory Brzezińskiej, Szostaka, Kresa. I skojarzenia z tym ostatnim autorem jak najbardziej na miejscu. Co prawda mam za sobą na razie tylko dwie jego powieści (i na razie nic więcej nie planuję), ale podczas czytania części Topór i skała niejednokrotnie przychodziła mi na myśl Północna granica (choć częściej przywoływana jest tu Grombelardzka legenda, z którą jednak nie miałam okazji się zapoznać). Oddziały stacjonujące w górach mają podobny charakter – niewielkie, zaprawione w walce i pokonywaniu trudnego terenu. Jednak jak Kres zniechęcił mnie swoim Królem bezmiarów do sięgnięcia po kolejne pozycje, tak Wegner Opowieściami… sprawił, że na pewno skuszę się na kolejną jego książkę. I mam nadzieję, że się nie zawiodę.
Teksy są bardzo dobrze napisane i skonstruowane. Wszelkie opisy są raczej oszczędne, ale same fragmenty opisujące fabułę, mówiące o akcji idealnie i nienachlanie przedstawiają krajobraz jednocześnie budując klimat. Nie ma tu miejsca na fragmenty nieudane, nudne czy niezrozumiałe.
Ekspansja Imperium Meekhanu. Akcja dzieje się gdzieś na pograniczu, właściwie nic oryginalnego. W fantasy motyw spotykany niezwykle często. Góry, pustynia… To już było. W takim wypadku liczy się wykonanie i świeże spojrzenie na znane i wykorzystywane pomysły. Wegnerowi tego nie brakuje.
Na książkę składają się dwie części – Topór i skała oraz Miecz i żar. W znaczący sposób się one od siebie różnią. W pierwszej dziejącej się na północy jest więcej rozbudowanej akcji, intrygi, zawiera bardzo dobre i niezwykle interesujące sceny batalistyczne. Południe (czyli Miecz i żar) to przede wszystkim opisy przeżyć wewnętrznych bohaterów (a właściwie, głównie jednego bohatera, bo to wokół niego rozrywają się wydarzenia w tej części). Nie ma tu tyle akcji, fabuła jest trochę prostsza. Jednak to nie ma wielkiego znaczenia, ponieważ autor w obu przypadkach spisał się wyśmienicie, wszystkie opowieści są równie zajmujące.
Na północy mamy przede wszystkim do czynienia z bohaterem zbiorowym – Szósta Kompania porucznika Kennetha-lyw-Darawyta, która jest częścią osławionej Górskiej Straży. Zajmuje się uganianiem za hordami dzikich plemion, dbaniem o porządek na granicy i tym podobnymi zadaniami.
Często przy bardziej nierównych zbiorach opowiadań mam problem ze wskazaniem tego, które w szczególny sposób zwróciło moją uwagę. Jednak w tym wypadku tak nie jest. Od pierwszych stron szczególnie przyciągnęły mnie teksty: Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami oraz Gdybym miała brata. Jednak, gdybym miała jeszcze wybrać między dwoma częściami – nie potrafiłabym. W pierwszej zachwycił mnie górski klimat, te drobne potyczki i wielkie starcia między żołnierzami Imperium a barbarzyńskimi ludami. Druga zaś jest o wiele bardziej interesująca pod względem drugiego dna obecnego w utworach.
Wszyscy jesteśmy Meekhańczykami to historia bohaterskiej obrony górskiego miasteczka, przedstawiana z perspektywy gońca. Jednym z elementów tej historii jest proces asymilacji pogranicznych ludów z Imperium. Utożsamianie się z pozycją obywatela, Meekhańczyka. Poszerzanie horyzontów własnej ojczyzny. Wegner na niezwykle interesującym przykładzie to przedstawił, wplótł we wciągającą fabułę i porywającą akcję oraz zachwycające sceny batalistyczne.
Gdybym miała brata dzieje się na południu, w żarze pustyni. To kontynuacja poprzedniego opowiadania - Ponieważ kocham cię nad życie, w którym najważniejszą postacią był Yatech d’Kllean. Pewien kupiec zatrudnił go do obrony karawany, a później przyjął do swojego domu. Córka pana domu zakochuje się w nim. Jednak ze względu na skomplikowane issarskie obyczaje (do którego to plemienia należy) musiał ją zabić, gdy ujrzała jego twarz. Teraz ojciec dziewczyny szuka zemsty i zapuszcza się w nieprzyjazne obszary zamieszkane przez Issarów. W pewnym stopniu poznaje panujące tu zwyczaje, prawa rządzące tą surową krainą. Jest w tym jakaś nuta goryczy, to w gruncie rzecz smutna opowieść.
Nie wszystkie teksty mocno zapadły mi w pamięć, jednak o żadnym nie mogę powiedzieć, żeby mi się nie spodobało. Ciężko znaleźć w nich jakieś wady. Nie wszystkie jednakowo pochłaniają, wciągają i zachwycają. Ale ciężko to liczyć jako minus. Nie wszystkie opowiadania muszą być genialne, brakowało by jakiegoś punktu odniesienia, doprowadziło do monotonii, a tak bardziej docenia się atrakcyjność lepszych teksów. Zaś wszystkie z nich mogą właściwie służyć za wzorzec dobrego opowiadania fantasy. Choć gdyby autorowi udało się stworzyć powieść z pomysłów zaprezentowanych w opowiadaniach mogłoby z tego wyjść małe arcydzieło. Jednak właściwie niewiadomo jak Wegner zaprezentował by się w dłuższej formie, bo stawia ona zupełnie inne wymagania niż krótka.
Nie mam zbyt wielkiego kontaktu z polską fantasy. Sapkowski z cyklem wiedźmińskim, pojedyncze utwory Brzezińskiej, Szostaka, Kresa. I skojarzenia z tym ostatnim autorem jak najbardziej na miejscu. Co prawda mam za sobą na razie tylko dwie jego powieści (i na razie nic więcej nie planuję), ale podczas czytania części Topór i skała niejednokrotnie przychodziła mi na myśl Północna granica (choć częściej przywoływana jest tu Grombelardzka legenda, z którą jednak nie miałam okazji się zapoznać). Oddziały stacjonujące w górach mają podobny charakter – niewielkie, zaprawione w walce i pokonywaniu trudnego terenu. Jednak jak Kres zniechęcił mnie swoim Królem bezmiarów do sięgnięcia po kolejne pozycje, tak Wegner Opowieściami… sprawił, że na pewno skuszę się na kolejną jego książkę. I mam nadzieję, że się nie zawiodę.
Twój







